> > > >
.
.

| -

(): XVI? (1), 1645 (2), 1908 (3)
:
52 56'25.30"N, 26 18'8.60"E
Mój tata pochodzi z NIEDZWIEDZIC.jESTWM CIEKAWA HISTORII RODZINY ROMANOWICZÓW KANCELARCZYKÓW .JEŻELI KTOŚ COŚ WIE NA TEN TEMAT PROSZE O MAILA.POZDRAWIAM
Szanowny Panie Zbigniewie,

serdecznie dziękuję za tak wspaniały komentarz!!! Moi przodkowie, w czasie dwudziestolecia międzywojennego, co roku jeździli na odpust do Niedźwiedzic.

Mam pytanie: czy wie Pan może, czy są gdzieś dostępne księgi metrykalne z tej parafii?

Serdecznie pozdrawiam,

Grzegorz Szymajda
Przesyłam informację z książki Feliks Konieczny "Święci w dziejach narodu polskiego"; dotyczącą parafi w Niedzwiedzicy:

"(...)

O prześladowaniach w zaborze rosyjskim unitów dbali nadal sami tylko łacinnicy polscy. W roku 1900 zapanowała wielka radość w okolicach Niedźwiedzicy, bo przyjechał potajemnie przebrany kapłan z Krakowa i we wsi Rusinowicach przez dwa dni chrzcił, spowiadał, dawał śluby - po czym podążył w inną okolicę, "a za nim płynęły błogosławieństwa ludu i... policja".

Wkrótce pewnego wieczora odezwały się dzwony kościelne, po piętnastoletnim milczeniu. Dzwonnikiem była stara Serafina, która zorganizowała naprędce jakiś spisek, żeby zardzewiałe dzwony oczyścić
i wysmarować. Chciała pożegnać podzwonnym zmarłego właśnie stryja Jana Kiełbasę, i starowina postawiła na swoim. Zjawiła się zaraz policja, bito nahajkami, lecz nic to nie pomogło. Odtąd dzwony kościelne stale "żegnały wiernych obrońców, opuszczających na zawsze bohaterski posterunek". Niedźwiedziczanom zaproponowano w r. 1903, że dostaną pozwolenie na wybudowanie nowego kościoła, byle stary kościółek oddali na cerkiew. Podejrzewali, że to podstęp i nie dali go. Dziewięciu wysłano na Sybir na trzy lata; nic nie pomogło. W następnym roku trzech jeszcze skazano na więzienie w Słucku, a potem na dwa lata zesłania. Wszystko na nic, kluczy nie ma!

Podczas gdy tak dalej krzątali się świątobliwi mężowie i świątobliwe niewiasty, każdy w swoim zakresie, od arcybiskupa do Serafiny, pilnując wspólnego celu, zaszedł fakt, który wstrząsnął wszystkimi, całą Europą.

W roku 1905 zaczęła się wielka rewolucja rosyjska. Do Niedźwiedzicy docierały wieści, że rząd rosyjski się chwieje, że nastają jakieś nowe czasy. Uważali, że może to być stosowna pora, żeby naprawić stary
kościółek, grożący rozwaleniem. Pokryli dach słomą i parli ściany. Pracowano nad tym trzy dni i trzy noce, a stanęli do roboty dosłownie wszyscy, starcy i dzieci. Było to pod koniec sierpnia 1905 r.
Trzeciego dnia zjawiają się władze powiatowe, potem gubernialne i aż dwie roty wojska. Ludność modliła się spokojnie przed zamkniętymi drzwiami kościoła, żołnierze zestawili broń w kozły, a oficerowie nie
wiedzieli, co począć, bo żadnego buntu nie widzieli. Aż ósmego września z rana wojsko otoczyło kościół, a "sprawnik" powiatowy oznajmił, że z pomocą popa wyniesie Przenajświętszy Sakrament i sprzęty kościelne. Wśród tłumu zerwał się groźny pomruk. "Jednomyślnie postanowiono dać się zagrzebać pod gruzami kościoła, krwią go swą oblać, zginąć najokropniejszą śmiercią - ale nie oddać, nie oddać!"

Wtedy przyjechali nagle dwaj kapłani, szanowani przez lud, ks. Harasimowicz z Klecka i ks. Wańkowicz z Darewa, łacinnicy i lud uspokoił się od razu. Nie zawahali się zgromić publicznie "sprawnika", któremu widocznie zależało na tym żeby doprowadzić do rozlewu krwi.

Nie lepiej było w biurach gubernatora, do którego na próżno jeździli, żeby cofnął wojsko. Pojechał więc ks. Harasimowicz aż do Petersburga i tam przez trzy tygodnie biegał po ministerstwach. Minęły trzy tygodnie i jeszcze sprawy nie załatwili; widocznie i tam nie brakowało ludzi o złych zamiarach. Sprawą zainteresowały się gazety petersburskie, a wszystkie oświadczyły się przeciwko urzędom. Nareszcie kazano wycofać wojsko, a dnia 28 października 1905 r. car wydał ukaz", żeby kościółek niedźwiedzicki otworzyć dla kultu katolickiego.
Nie było to żadnym przywilejem dla Niedźwiedzicy, lecz wynikało z postanowienia ogólniejszego; które car powziął wobec całego państwa: Otoczony rewolucją wydał manifest dnia 30 października 1905 r. Uznawał
nietykalność osobistą, wolność zgromadzeń i stowarzyszeń; zapowiedziano "Dumę Państwową" (sejm) z mocą prawodawczą, tudzież ogłoszono wolność wyznaniową. Wtedy ponad 200000 unitów podlaskich
przeszło od razu na obrządek łaciński, żeby raz na zawsze zerwać wszelkie więzy z prawosławiem.

W Niedźwiedzicy zaś, gdy pozwolono zdjąć pieczęcie i wejść do starego kościółka, lud nie ufając urzędnikom nie zrobił tego przy nich i dopiero, gdy policja się usunęła, dano ks. Harasimowiczowi otworzyć
kościół. Dnia 20 listopada odbyło się pierwsze nabożeństwo, na które zjechała cała okolica, a ks. Wańkowicz obwieścił z ambony, że "oto wszyscy obecni znajdują się na miejscu cudu. Bóg okazał widocznie łaskę swoją, Hostia św. w ołtarzu, z takim poświęceniem broniona, została znaleziona tak świeża i nietknięta czasem, jak gdyby wczoraj konsekrowana, a nie przed laty 19". Na tym nabożeństwie nawet
najbardziej zahartowani mężczyźni płakali, jak dzieci. "Tracono zmysły ze szczęścia, całowano ławki i ściany, tulono się do filarów, biorąc je w ramiona i zerwała się burza płaczu ale płaczu błogosławionego". Wkrótce zaczęto zbierać składki na nowy kościół, duży i murowany. Ogłoszona wolność religijna przejmowała radością wszystkie prowincje dawnej Polski, ale rząd nie dotrzymał manifestu. "

Pozdrawiam: Zbigniew Wołocznik

*
*
*
*